Wspomnienia z pierwszego wesela
Może niektórym wyda się to dziwne, ale pierwsze wesele na jakim byłem w swoim życiu to wesele kuzyna mojej ówczesnej dziewczyny, które odbyło się w 2006 roku. Miałem więc wtedy już 19 lat. Nie wiem dlaczego, ale nigdy wcześniej nie miałem okazji być na żadnym weselu. Może to wynikać z tego, że kiedy moje dalekie kuzynostwo się żeniło/wychodziło za mąż miałem jakieś kilka lat i rodzice nie chcieli mnie zabierać w daleką podróż. Zostawałem wtedy zawsze u babci. Może to również wynikać moim strachem. Pamiętam jak na 1 roku studiów koleżanka z grupy (której prawie nie znałem) zaprosiło mnie na wesele, które miało się odbyć za dwa dni. Tłumaczyła, że kolega, który miał z nią iść na to wesele wystawił ją w ostatniej chwili. Pewnie szukała przystojnego partnera (prawdę mówiąc to odnoszę wrażenie, że do dziś się we mnie trochę podkochuje). Suma sumarum odmówiłem, wykręcając się, że moja dziewczyna (której wtedy nie miałem) nie byłaby z tego zadowolona. Nie zrobiłem tego wcale dlatego, że owa koleżanka nie jest ładna etc. Bałem się po prostu tego, że pójdę w miejsce w którym będzie …set osób, a nie będę znał nikogo, nawet osoby z którą będę szedł. Tak na marginesie, teraz bym się zgodził:) Wracając jednak do sedna postu. Wesele, o którym piszę było organizowane pod Krakowem, bliżej Wieliczki, zabijcie mnie, ale nie pamiętam za nic nazwy owej wioseczki. Pojechaliśmy tam na 2 samochody. W jednym jechali rodzice mej dziewczyny z jej siostrą i jej chłopakiem. My jechaliśmy z wujkiem. Maj, piękna pogoda, czysta droga, więc dojechaliśmy szybko. Najpierw pojechaliśmy do jakiejś tam ich dalekiej rodziny pochwalić się chłopakami córek… No comment. Najlepiej pamiętam starszą panią (siostrę babci mamy wujka stryjecznego itd itd itd.), która cierpiała na zaburzenia pamięci i po tym jak nas poznała co pięć minut pytała, a kto to wskazując na mnie i Jarka(chłopak siostry mojej dziewczyny), który miał długie włosy i cały czas myślała, że jest dziewczyną. Po tych męczarniach wyruszyliśmy na ceremonię do kościoła, a w zasadzie kościółka. Mały, drewniany, jednym słowem śliczny. Sama ceremonia też była bardzo dobrze zorganizowana. Mimo, że kościół jak mówiłem był mały nie było dużego ścisku. Rozmawiałem później z fotografem, który również chwalił sobie organizację. Opowiadał o tym, że często w takich kościołach jest problem z kardami etc, a tu go nie było. Tak na marginesie to przyjechał aż z Katowic. Po ceremonii udaliśmy się na sale… i teraz zaskoczenie nie remizy;) Sala była jakimś budynkiem przystosowanym do organizacji wesel itp. Była bardzo ładnie udekorowana. Organizacja zabawy też była bardzo profesjonalna. Sala była duża, stołu stawione w podkowę. Siedzieliśmy przy stoliku z młodymi i drużbami, więc wszystko dostawaliśmy pierwsi, a jedzenie było na prawdę pyszne. Alkohol jak to alkohol na weselach… do oporu, a potem jeszcze 2 butelki na odchodne:) Zespół grał żywo, fajnie, ładnie… nawet tańczyłem (czego zazwyczaj nie robię). Jakby tego było mało, wygrałem jakąś tam zabawę (złapałem krawatkę pana młodego)… do dziś nie wiem co to oznacz;) Zresztą nie wierze w takie zabobony. Potem młodzi pojechali z fotografem robić zdjęcia w plenerze, a zabawa trwała dalej. Ilość wypitego alkoholu nie dawała o sobie znać bo w tańcu wypacałem wszystko. Wyszliśmy po 5, jako jedni z ostatnich. Pojechaliśmy się przespać do domu młodego. Wstaliśmy ok 10, śniadanie, potem mimo zmęczenia pojechaliśmy zwiedzić jakieś pobliskie miasteczko, którego nazwy również nie pamiętam. Nie byliśmy tak jednak długo bo… poprawiny:) Na nich raczej tylko piwko, troszkę pysznego jedzenia, tańczenia i prosto z nich powrót do domu. Tak właśnie wyglądało moje pierwsze wesele.